Legenda.
    G. Supady  
Tłumaczyła z niemieckiego Elżbieta D.
           
   

Gospoda w Dajtkach
Opowiadanie o kartach, rozgoryczonym chłopie i czujnych jaskółkach

Przed nie tak odległymi laty, w Dajtkach, na przesmyku między jez. Ukiel i Kortowskim, stała gospoda położona bezpośrednio przy drodze do Olsztyna i Gietrzwałdu. Okoliczni mieszkańcy wsi nie mogli iść inną drogą, tylko obierali tą, koło gospody – mianowicie lasem za Dajtkami. Czasami zmęczeni podróżni robili sobie postój u gościnnego karczmarza i jego żony, która była zapobiegliwa i usłużnie starała się wszystkich gości obsłużyć.
Najczęściej do gospody wstępowali chłopi, którzy sprzedawali na olsztyńskim targu produkty swej żmudnej pracy. Po udanej sprzedaży zostawali tu zwykle godzinkę lub dłużej, by oddać się nieco ziemskim uciechom. Szczególnie wielu chłopów śpieszyło się na duży jarmark. Pewnego razu znalazł się wśród nich bogaty gospodarz znany w całej okolicy ze swej pracowitości. Wyruszył on w drogę z okazałym wieprzem. W drodze rozmyślał nad niezbędnymi zakupami, które postanowił nabyć za spodziewane pieniądze. Kiedy znalazł się wraz ze swoim wozem w pobliżu gospody, postanowił i tym razem wstąpić na krótko.
Wchodząc do ciemnego i zadymionego pomieszczenia ujrzał w nim tylko dwóch mężczyzn, którzy siedzieli przy stole i jak to było powszechnie przyjęte, zajęci byli grą w karty. Przyłączył się do nich prosząc o możliwość wspólnego zagrania. Jego życzenie zostało przychylnie spełnione wprawdzie z zastrzeżeniem: trzeba zagrać o wysoką stawkę pieniężną. Chłop odpowiedział, że aktualnie nie dysponuje gotówką, ale jego wieprz wieziony na sprzedaż mógłby stanowić stawkę w grze. Gracze nie mieli nic przeciwko temu – zgodzili się i rozpoczęła się gra. Początkowo gospodarzowi szła karta,, ale nagle się odwróciła i przegrał wszystko z kretesem.
Początkowo nie mógł pojąć, że właściwie to nie ma już swojego wieprza. Zwycięzcy cieszyli się szczęściem, a chłop nie miał innego wyboru niż z pustą sakiewką powrócić do domu.
Opuścił gospodę, jednak nie odszedł daleko; towarzyszyło mu znaczne poczucie wstydu z powodu lekkomyślnego postępowania. Jednocześnie wyobrażał sobie mgliście, jak go przyjmą w domu. W pewnej chwili ogarnęła go taka wściekłość, że się zatrzymał i pomyślał o zemście.
Zawrócił do gospody i czekał niezauważony, aż zapadnie zmrok. Wtedy zakradł się z tyłu domu. Wewnątrz zobaczył wesołych graczy, którzy rozmawiali z gospodarzem. Posądzając ich o spisek, podjął niezłomną decyzję, by wszystko podpalić. Jego pomysł był dalece nieobliczalny.
Szukając zemsty działał niczym w napadzie szału. Wyciągnął pudełko zapałek z zamiarem wzniecenia płomieni w obejściu. Wszystko obróciłby w perzynę gdyby w pewnym momencie nie usłyszał cichego odgłosu.
To był cichutki, ale mimo to wyraźny głos pochodzący z okapu:Nie czyń tego! Opanuj się! Oprzytomniej!
Rozgniewany gospodarz podniósł głowę i spostrzegł pod okapem gniazdo jaskółek, z którego dobiegały słowa przestrogi. I oto jego palce nagle zdrętwiały, opadł na kolana. Przez chwilę odnosił wrażenie, że nikt i nic go nie powstrzyma od tego nierozważnego kroku. I oto teraz klęczał nisko i wyglądał jak jakaś rzeźba.
Nagle pojął, w akcie skruchy i pokuty, że te skromne jaskółki, małe królowe powietrza ocaliły trochę więcej istot ludzkich. Rozgwieżdżona noc zastała niedoszłego palacza w bezruchu w tym samym miejscu.
Wczesnym rankiem poszedł on do gospodarzy, przyznając się do wszystkiego i błagał o wybaczenie. Gracze, którzy wodzili chłopa na pokuszenie jednak już dawno się ulotnili.
Od tego czasu gospodę nazwano: „Pod czujnymi jaskółkami”. Jednak sam budynek niestety nie zachował się, ale zainteresowani mogą odwiedzić miejsce, w którym litościwe jaskółki osiadły nieopodal. Kto chce znaleźć to miejsce – niech się dobrze rozejrzy i posłucha.